wrzesień 2014:

Można już nabyć najnowszy numer "Prawdę mówiąc" od 1 września.

Oto niektóre artykuły, które znajdziecie Państwo w tym numerze:

  • - Jak ocenzurowano reklamę ze Ścigałą?
  • - Z Tarnowa emigruje najwięcej ludzi za granicę w stosunku do liczby mieszkańców
  • - Jak Ścigała budował ulicę Kryształową?
  • - Kto zapłaci 3 miliony zł za ponowny remont ul. Krakowskiej?
  • - Tarnów wypadł katastrofalnie w rankingu pisma WSPÓLNOTA!
  • - Czy pierwsze liceum zostanie zlikwidowane?
Aktualnie nie ma żadnych nadchodzących wydarzeń.
We Wrocławiu, Poznaniu i Łodzi 13 i 14 czerwca 2014 odbyły się kolejne spotkania stowarzyszenia OBURZENI, na których wyłoniono zespoły koordynujące przygotowania do listopadowych wyborów samorządowych oraz omówiono podstawowe założenia programowe i taktykę wyborczą.  (obok zdjęcie ze spotkania w Łodzi) Spotkanie OBURZONYCH w Poznaniu 14 czerwca   W czasie spotkań dominowały wypowiedzi, które uprawniają do stwierdzenia: skoro minister spraw wewnętrznych RP, Bartłomiej Sienkiewicz (PO) potwierdza to, o czym od 25 lat wiedzą miliony Polaków, iż tak naprawdę nie ma państwa polskiego, OBURZENI mogą wyręczyć rząd Tuska i stworzyć w stosunkowo krótkim czasie prawdziwe państwo polskie. Stowarzyszenie OBURZENI stawiając sobie za główny cel obalenie niedemokratycznego systemu, który został zainstalowany w Poslce po rozmowach w Magdalence 25 lat temu, chcą wziąć udział w wyborach samorządowych, wystawiając prawie 1.200 kandydatów do sejmików wojewódzkich w ok. 80 okręgach wyborczych. Punktem wyjścia do dalszej dyskusji na temat polskiego samorządu będzie propozycja programowa, przedstawiona poniżej. W piątkowym spotkaniu wrocławskim wzięli udział nie tylko OBURZENI z samego Wrocławia, ale także z Jeleniej Góry oraz z województwa opolskiego. Obecny był również wiceprzewodniczący stowarzyszenia dr Marek Ciesielczyk. Na Dolnym Śląsku przygotowania OBURZNYCH do jesiennych wyborów samorządowych koordynować będzie zespół pod kierownictwem Henryka Swoła i Emilii Cenacewicz z Wrocławia.    Henryk Swół i Emilia Cenacewicz   Dzień później, w sobotę, 14 czerwca miało miejsce następne spotkanie OBURZONYCH – w Poznaniu, w którym oprócz lokalnych OBURZNYCH wzięli udział członkowie Rady Koordynacyjnej stowarzyszenia: Antoni, Gut, Andrzej Bugajski i Marek Ciesielczyk. Wiceprzewodniczący OBURZONYCH Andrzej Bugajski poinformował zebranych, iz dopiero co POLSKIE RADIO powiedziało na swojej antenie, iż wśród protestów wyborczych, które wpłynęły do Sądu Najwyższego, są dwa istotne - PiS-u i OBURZONYCH (dotyczące masowego fałszowania podpisów na listach poparcia). Szef wielkopolskich OBURZONYCH Ryszard Zieliński przekazał zaś infromację, iż GŁOS WIELKOPOLSKI zamieścił artykuł na temat spotkania OBURZONYCH w Poznaniu. W skład zespołu koordynatorów wyborczych w jesiennych wyborach samorządowych w województwie wielkopolskim weszli między innymi Ryszard Zieliński i Dobiesław Wieliński z Poznania.    Ryszard Zieliński i Dobiesław Wieliński Kilka godzin później odbyło się spotkanie członków i sympatyków stowarzyszenia OBURZENI w Łodzi z udziałem w/w członków Rady Koordynacyjnej - Guta i Ciesielczyka oraz - dodatkowo - Sławomira Bielickiego. W województwie łódzkim zespołem koordynującym samorządową kampanię wyborczą kierować będą Andrzej Surowiecki z powiatu łódzkiego wschodniego, Anna Wach ze Skierniewic oraz Tadeusz Jędrzejczak i Piotr Dzikorski z Łodzi.   Andrzej Surowiecki i Anna Wach     Tadeusz Jędrzejczak i Piotr Dzikorski 28 i 29 czerwca odbędą się kolejne spotkania OBURZONYCH – tym razem w województwie kujawsko-pomorskim (we Włocławku) oraz w pomorskim (w Gdańsku). Poinformujemy o miejscu i dokładnym terminie tych spotkań.  Poniżej więcej zdjęć w galerii oraz relacja filmowa ze spotkań OBURZONYCH we Wrocławiu, Poznaniu i Łodzi. Początek dyskusji na temat polskiego samorządu niech stanowią następujące punkty programowe OBURZONYCH: 1.      Należy wprowadzić jak najszybciej większościową ordynację wyborczą z jednomandatowymi okręgami wyborczymi w wyborach samorządowych na wszystkich szczeblach oraz bezpośrednie wybory marszałków województw. Obecny system, w którym taka ordynacja obowiązuje jedynie w mniejszych gminach jest nielogiczny i tak naprawdę niezgodny z Konstytucją RP (nie można wybierać radnych do gminy A według zupełnie innych zasad niż do rady gminy B tylko dlatego, że mieszka w niej nieco więcej osób). 2.      Oburzeni domagają się likwidacji podwójnej, kosztownej biurokracji wojewódzkiej (marszałek+ urząd marszałkowski oraz wojewoda + urząd wojewódzki), która nie występuje w żadnym innym państwie świata, które pretenduje do miana demokratycznego. Likwidacja urzędów wojewódzkich oznaczać będzie oszczędności rzędu ok. 1 miliarda zł rocznie oraz upodobnienie systemu  regionalnych władz w Polsce do rozwiązań w państwach demokratycznych. Należy także ograniczyć liczbę radnych, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie funkcjonuje także armia radnych dzielnicowych. 3.      Konieczne jest wprowadzenie systemu niezależnego od samorządów zewnętrznego monitoringu przyznawania dotacji (zwłaszcza unijnych) przez władze wojewódzkie (zwłaszcza urzędy marszałkowskie), gdyż w tej chwili otrzymują je często nie te gminy czy powiaty, które ich naprawdę potrzebują, lecz te, które kierowane są przez kolegów partyjnych wojewódzkich decydentów. 4.      Żądamy natychmiastowej likwidacji prawie 400 powiatów i przeniesienie ich kompetencji do urzędów gmin (które są bliżej obywatela) i w niektórych tylko przypadkach do urzędów marszałkowskich, przez co będzie można zaoszczędzić ok. 20 miliardów zł rocznie. Starostwa powiatowe są całkowicie zbędne w systemie polskiej administracji, a w tej chwili funkcjonują jako prywatne folwarki, zatrudniające krewnych, znajomych lub towarzyszy partyjnych grup, które rządzą na danym terenie (zazwyczaj jest to PSL). 5.      Biorąc pod uwagę skalę lokalnego nepotyzmu i korupcji, niezbędnym jest wprowadzenie bezwzględnego zakazu zatrudniania w urzędach samorządowych najbliższych krewnych radnych, wójtów, burmistrzów prezydentów miast, członków zarządów województw oraz zakazu zatrudniania radnych w tego typu urzędach (np. radny gminny nie może być pracownikiem urzędu sąsiedniej gminy). Radny nie może w żadnej formie wykonywać odpłatnie pracy na rzecz gminy ani jej jednostek.  Teraz jest możliwe „obchodzenie” obowiązujących przepisów w tej dziedzinie. 6.      Oburzeni żądają uzależnienia wynagrodzenia wójtów, burmistrzów, prezydentów miast oraz innych urzędników gminnych od wielkości gminy czy wielkości jej budżetu (wójt 3-tysięcznej gminy nie może zarabiać tyle samo co prezydent 2-milionowej Warszawy). 7.      Wynagrodzenie wójtów najmniejszych gmin nie może przekraczać średniej krajowej, zaś wynagrodzenia wójtów, burmistrzów, prezydentów większych gmin powinny być proporcjonalnie wyższe (maksymalne wynagrodzenie w samorządzie nie powinno przekraczać 3 średnich krajowych). 8.      Należy wprowadzić ograniczenie liczby kadencji radnych, wójtów, burmistrzów, prezydentów do dwóch 4-letnich okresów. Obecna wielokadencyjność – zwłaszcza w tzw. Polsce powiatowej – oznacza tworzenie się lokalnych sitw, uwikłanych często w afery korupcyjne. 9.      Rada gminy nie może ustanawiać lokalnego prawa, które oznacza całkowity zakaz zabierania głosu przez obywateli na sesjach rady gminy. Gminy nie mogą wydawać publicznych pieniędzy na publikację propagandowych pism czy też reklam w mediach. 10.   Podejrzany o przestępstwo wójt, burmistrz, prezydent, członek zarządu województwa podejrzany o popełnienie przestępstwa, który z powodu aresztowania nie wykonuje pracy nie tylko nie powinien – jak teraz - pobierać połowy swego wynagrodzenia – ale – podobnie jak inni pracownicy – powinien być zwolniony dyscyplinarnie z pracy po określonym przez przepisy okresie. 11.   Należy wielokrotnie obniżyć wymaganą do przeprowadzenia gminnego referendum liczbę podpisów pod wnioskiem o takie referendum, by umożliwić także tzw. zwykłym obywatelom wpływanie na decyzje dotyczące lokalnych spraw. Należy obniżyć do minimum wymagany dla ważności referendum próg frekwencyjny, by lokalne władze zaczęły liczyć się ze zdaniem obywateli. 12.   Nasi kandydaci na radnych, wójtów gmin, burmistrzów, prezydentów miast składać będą w trybie artykułów 919-921 Kodeksu cywilnego przyrzeczenie publiczne i jeśli nie będą wywiązywać się ze złożonych obietnic wyborczych, zmuszeni będą wypłacać wyborcom astronomiczne „odszkodowania”.
czytaj więcej...
  Najnowszy, czerwcowy numer PRAWDĘ MÓWIĄC już w sprzedaży, a w nim: - Prezentujemy dowody na masowe oszustwa w wyborach do Parlamentu Europejskiego w Polsce! - Koryto parlamentu Europejskiego jest potężne – Jak jesteśmy okradani przez Europarlament – szokujące dane! - PSL blado wypadł w wyborach do PE na Powiślu - Ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu w spektaklu szczucińskich gimnazjalistów - OKIEM WYDAWCY: wybory samorządowe już w listopadzie – zapraszamy naszych Czytelników do wyrażania swych opinii na łamach PRAWDĘ MÓWIĄC - Kto na burmistrza, kto na starostę? - 70 tysięcy złotych na odszkodowania dla niesłusznie zwolnionych, 80 tysięcy z naszych podatków na „gazetę władzy”! - Czy starosta Kwiatkowski przyzna nagrodę dla redakcji PRAWDĘ MÓWIĄC za podjęcie studiów przez dyrektora Krawca? - Dlaczego nie chcą ujawnić nazwisk władz gminnej spółki wodnej? - Błąd ortograficzny w nazwie szczucińskiej ulicy - Nadanie imienia braci Mamuszków innej ulicy szczucińskiej - Ważne kto i jak liczy głosy - Fotoreportaż miesiąca: Rzeź wołyńska – spektakl w Muzeum Drogownictwa w Szczucinie - PRAWDĘ MÓWIĄC na II Kongresie Niepokonanych w Warszawie - Konwencja wyborcza PiS w Tarnowie - Zjednoczenie ugrupowań patriotycznych i solidarnościowych - PORADNIK TURYSTYCZNY: Kazimierz Dolny - SPORT: To był emocjonujący mecz! Powiśle Bolesław – Strażak Karsy – 2:2 - SKARBY POWIŚLA: Magda z Dąbrowy Tarnowskiej
czytaj więcej...
Dzisiaj, 8 czerwca 2014 redaktor Marek Ciesielczyk spotkał się z mieszkańcami Lisiej Góry w Urzędzie Gminy. W swoim wystąpieniu przedstawił absurdy systemu polityczno-społeczno-ekonomicznego, który został zainstalowany w Polsce 25 lat temu i który sprawia, że Polska nie jest państwem ani demokratycznym, ani sprawiedliwym, ani racjonalnym. Dr Ciesielczyk zakwestionował także słuszność często powtarzanych twierdzeń, iż tzw. reforma samorządowa jest tą, która rzekomo udała się w naszym kraju najlepiej. Ciesielczyk przedstawił liczne przykłady fatalnych rozwiązań w tej właśnie, samorządowej sferze. Poniżej przedstawiamy więcej zdjęć z niedzielnego spotkania w Urzędzie Gminy Lisia Góra oraz film.
czytaj więcej...

(2 komentarzy)

Dzisiaj, 4 czerwca przed Urzędem Miasta Tarnowa stowarzyszenie OBURZENI zorganizowało demonstrację przeciwko pełniącemu obowiązki prezydenta miasta Henrykowi Słomce-Narożańskiemu. Druga część pikiety odbyła się przed domem prezydenta pod Górą św. Marcina. Oburzeni protestowali przeciwko: - przyznaniu przez prezydenta Tarnowa premii w wysokości 30-50 tysięcy złotych prezesom spółek komunalnych, którzy zarabiają miesięcznie od 8 do 16 tysięcy złotych, - przeciwko zatrudnianiu w dalszym ciągu w Urzędzie Miasta na stanowisku dyrektora jednego z wydziałów (kancelarii Rady Miejskiej) żony prezydenta Słomki, - przeciwko niewyciągnięciu jakichkolwiek konsekwencji wobec Słomki, odpowiedzialnego za inwestycje drogowe, które kilka miesięcy temu "rozsławiły" Tarnów jako "polski biegun korupcji", gdy za kratkami znalazł się podejrzany o korupcję szef Słomki, preyzdent Tarnowa Ryszard Ścigała oraz - przeciwko zakupowi przez miasto kostki, którą następnie wybrukowano drogę wiodącą do posiadłości Słomki, gdy w tym samym czasie podobne drogi w tejże okolicy pokryte są dziurami. W czasie demonstracji szef tarnowskich OBURZONYCH Marek Ciesielczyk zauważył, iż w dniu, w którym niektórzy obchdzą "Dzień Wolności", inni słusznie wskazują, iż Polska nie jest państwem demokratycznym, ze względu na absurdalną ordynację wyborczą, wymiar niesprawiedliwości i fikcyjny charakter referendum. Oburzeni chcą obalić stworzony w wyniku obrad okrągłego stołu w Polsce system polityczny. Podobne demonstracje odbędą się przed Urzędem Miasta Tarnowa przy ul. Mickiewicza 2 w czwartek (5 czerwca) , także o godz. 15:oo, a następnie pod domem Słomki na przecznicy ul. Ostrogskim (na wysokości numeru 26) o godz. 16:30 oraz w piątek w tych samych miejscach i czasie. Poniżej więcj zdjęć z demonstracji oraz film.
czytaj więcej...

(3 komentarzy)

W środę, 4 czerwca, od godz. 15:oo do 16:oo przed Urzędem Miasta Tarnowa (ul. Mickiewicza 2) odbędzie się pierwsza demonstracja przeciwko pełniącemu obowiązki prezydenta Tarnowa Henrykowi Słomce-Narożańskiemu, zaś od 16:30 do 17:30 demonstracja taka (tego samego dnia) odbywać się będzie przed domem Słomki (przecznica ul. Ostrogskich na wysokości numeru 26) - patrz szczegóły - artykuł niżej. Na filmie poniżej pokazujemy, czym się różni dojazd do posiadłości prezydenta Słomki od dojazdu do domu przeciętnego Kowalskiego. Pokazują to także zdjęcia poniżej:
czytaj więcej...

(1 komentarzy)

Przyjdź na demonstrację przeciw pełniącemu obowiązki prezydenta Tarnowa Henrykowi Słomce-Narożańskiemu z Platformy Obywatelskiej! w środę, 4 czerwca 2014  od godziny 15:oo do 16:oo przed Urzędem Miasta Tarnowa, ul. Mickiewicza 2 oraz na odnodze ulicy Ostrogskich (na wysokości numeru 26, patrz mapka), gdzie mieszka prezydent od godziny 16:30 do 17:30   Będziemy protestować przeciwko:  -  przyznaniu przez pełniącego funkcję prezydenta Tarnowa Henryka Słomkę-Narożańskiego premii w wysokości od  33 do 56 tysięcy złotych dla prezesów miejskich spółek, którzy zarabiają miesięcznie od 8 do 16 tysięcy złotych,  - niewyciągnięciu żadnych konsekwencji wobec Słomki-Narożańskiego w związku z nadzorowaniem przez niego inwestycji drogowych w okresie, w którym doszło do tzw. „afery łącznikowej”, w wyniku której aresztowany został prezydent Tarnowa Ryszard Ścigała, podejrzany o korupcję, - zatrudnianiu w dalszym ciągu w tym samym Urzędzie Miasta Tarnowa żony Słomki-Narożańskiego na stanowisku dyrektorskim i co za tym idzie przeciwko bezpośredniemu zwierzchnictwu służbowemu męża nad żoną,   - sfinansowaniu ze środków publicznych materiałów budowlanych, które posłużyły do wykonania nawierzchni drogi prowadzącej do domu Słomki-Narożańskiego – odnogi ulicy Ostrogskich, gdzie odbędzie się druga demonstracja dr Marek Ciesielczyk OBURZENI tarnowscy www.oburzeni.org.pl stowarzyszenie.oburzeni@gmail.com tel. 601 255 849  P.S. Podobne demonstracje odbędą się w tych samych miejscach oraz w tym samym czasie (tj. od godz. 15:oo do 16:oo przy ul. Mickiewicza 2 oraz od godz. 16:30 do 17:30 na w/w odnodze ulicy Ostrogskich) także w dniach 5 czerwca i 6 czerwca 2014.
czytaj więcej...
  Otrzymaliśmy od Ryszarda Wiśniewskiego z Torunia pismo wraz załącznikami, z których wynika, iż w czasie zbierania podpisów pod listami poparcia dla komitetów w wyborach do Parlamentu Europejskiego dochodziło do oszustw na masową skalę. (Obok pismo Ryszarda Wiśniewskiego) Wiśniewski przedstawia przykładowo listy poparcia trzech różnych komitetów, na których widnieją dane tych samych osób, lecz z różnymi podpisami. Jeśli autentyczność dowodów przedstawionych przez Wiśniewskiego potwierdzi prokuratura, będzie to oznaczać nie tylko wielki, międzynarodowy skandal, ale być może także unieważnienie wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce!? Ryszard Wiśniewski, jeden z okręgowych pełnomocników wyborczych Komitetu Wyborczego Wyborców OBURZENI w województwie kujawsko-pomorskim pisze m.in. do Państwowej Komisji Wyborczej, Prokuratora Generalnego, Sądu Najwyższego, Parlamentu Europejskiego oraz do kilkudziesięciu innych instytucji i najważniejszych mediów w Polsce, iż składa wniosek o unieważnienie wyborów do Parlamentu Europejskiego oraz ukaranie „tych, którzy przyczynili się do fałszowania list poprzez…  przepisywanie list wyborczych innych ugrupowań z lat poprzednich i fałszowanie podpisów… przepisywanie tą samą metodą z: list działkowców, ZUS-u, KRUS-u, szpitali, banków…” Listy trzech różnych komitetów wyborczych z tymi samymi nazwiskami i danymi i różnymi podpisami. Wiśniewski twierdzi, że ma tysiące tak "sfabrykowanych" podpisów... Wiśniewski twierdzi, iż – w zależności od okręgu i od komitetu wyborczego – autentycznych było jedynie od 20 do 80 procent podpisów, pozostałe zostały - zdaniem Wiśniewskiego - sfałszowane. Wiśniewski szacuje, iż w sumie mogło zostać sfałszowane nawet ok. 2 miliony podpisów, co można z łatwością sprawdzić, pytając osoby podpisane na listach, czy to faktycznie ich podpisy. Prawdopodobnie nikt jednak tego nie zrobi, gdyż burzyłoby to „porządek” społeczno-polityczny, kompromitowałoby to „demokrację” w Polsce i wymagałoby unieważnienia całych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wiśniewski pisze także: „Okręgowe Komisje Wyborcze zaakceptowały te podpisy, gdyż albo nie były w stanie sprawdzić tego wszystkiego, albo nie chciały burzyć pozytywnego obrazu wyborów. Można przypuszczać, że teraz wszyscy (włącznie z prokuraturą) nabiorą wody w usta, gdyż wybory do Parlamentu Europejskiego już 25 maja i nikt nie chce podważać ich zgodności z prawem. (…) To masowe fałszerstwo podważa cały system wyborczy, zwłaszcza zaś sposób kontrolowania list z podpisami przez komisje wyborcze”. Ryszard Wiśniewski apeluje także do władz Unii Europejskiej (w tym do Parlamentu Europejskiego) w języku angielskim (tłumaczenie red.): „Przedstawiam tutaj dokumenty, które udowadniają, iż wybory do Parlamentu Europejskiego w Polsce to wielkie oszustwo. Proszę przetłumaczyć z języka polskiego załączone dokumenty”. Rzeczywiście z otrzymanych przez nas materiałów wynika, iż różne komitety sporządzały listy poparcia z danymi dokładnie tych samych ludzi, lecz z różnymi podpisami. Jeśli prokuratura oraz Państwowa Komisja Wyborcza sprawdzą złożone przez różne komitety wyborcze listy i stwierdzą faktycznie fałszowanie podpisów na masową skalę – jak twierdzi Wiśniewski – wybory do Parlamentu Europejskiego w Polsce powinny zostać unieważnione. Przy tej okazji warto zauważyć, iż prawny wymóg dostarczenia aż 10 tysięcy podpisów w każdym okręgu wyborczym  jest kuriozum w skali światowej. Np. w Wielkiej Brytanii jest to symboliczna liczba podpisów oraz niewielka kaucja, zwracana po uzyskaniu odpowiedniej liczby głosów. Astronomiczne liczby podpisów – jak się wydaje – mają uniemożliwić start w wyborach obywatelskim ruchom, które pozbawione są dotacji, a więc możliwości organizacyjnych.
czytaj więcej...

(14 komentarzy)

  Fragmenty książki "Parlament Antyeuropejski" Marka Migalskiego zostały udostępnione w Internecie dzięki uprzejmości wydawnictwa The Facto. Jeden z obecnych eurodeputowanych Marek Migalski w swojej książce "Parlament Antyeuropejski" opisuje metody wyciągania potężnych pieniędzy z naszej, podatników kieszeni przez europosłów. Zdaniem Migalskiego w Brukseli funkcjonuje cały system 'legalnej korupcji'. 12 tys. euro czystego przychodu "Każdy członek Europarlamentu, czyli Member of the European Parliament, potocznie zwany MEP-em otrzymuje pensję miesięczną w wysokości ponad 7,5 tys. euro brutto. Ale oprócz tego za każdy dzień pobytu w Brukseli czy Strasburgu dostaje ponad 300 euro diety, by miał za co godnie zjeść, za co godnie się ulokować w hotelu lub opłacić mieszkanie. Jeśli skrupulatnie się policzy, to za dwadzieścia kilka dni pracy można miesięcznie dostać właściwie drugą pensję (i to już bez opodatkowania). Skoro więc ktoś mówi o zarobkach europosłów, to winien raczej operować liczbą ok. 12 tys. euro miesięcznego czystego przychodu" - zdradza w swojej książce Migalski. Jak zyskuje się dietę? Ile trzeba przesiedzieć w pracy, by ją otrzymać? Co w zamian należy zrobić? "Odpowiedzi na powyższe pytania właściwie mogłyby się ograniczyć do stwierdzenia, że nic nie trzeba zrobić oprócz złożenia własnoręcznego podpisu w tak zwanym rejestrze, czyli specjalnie wydzielonym pokoiku. Siedzi tam strażnik i trzyma na biurku listę obecności. Wystarczy o dowolnej porze między godz. 7.00 a 22.00 wpaść tam na 10 sekund i złożyć stosowny podpis. To właściwie wystarcza, by mieć prawo do dziennej diety, z którą można zrobić, co komu się żywnie podoba" - ujawnia. Tak więc europoseł przyjeżdża do Brukseli w poniedziałek wieczorem, byle przed 22.00, żeby zdążyć się podpisać i zgarnąć dietę. W kolejnych dniach odwiedza na chwilę salę obrad tylko po to, żeby złożyć autograf, a w piątek po podpisaniu listy z samego rana wraca do domu. Tygodniowo wychodzi dodatkowe 1,5 tys. euro.  1,5 mln zł "zarabiają" na dojazdach Każdy MEP może co tydzień przyjechać do pracy swoim samochodem. Dostaje za to zwrot w wysokości 49 eurocentów (2,1 zł) za każdy kilometr. Łatwo przeliczyć, że nawet po odliczeniu kosztów paliwa na rękę za jeden taki kurs dostaje kilka tys. zł. Jeśli więc ktoś zdecydował na początku kadencji, że będzie regularnie co tydzień dojeżdżał do pracy, na przykład z Warszawy, to zarobił w ciągu pięciu lat ok. 700-800 tys. zł. Ale to nie wszystko, bo można - absolutnie legalnie - zrobić sobie w ciągu tygodnia tzw. brejk, czyli wrócić do kraju. Już we wtorek (po szczęśliwym dotarciu w poniedziałek do Brukseli) można więc wsiąść spokojnie w auto i ruszyć z powrotem na łono ojczyzny (kasując oczywiście 49 eurocentów za każdy kilometr). W środę należy wracać do stolicy zjednoczonej Europy, ponownie dostając 49 eurocentów za każdy przejechany w trudzie i znoju kilometr. W czwartek zaś lub w piątek można znowu udać się w podróż do kraju, zarabiając na każdym kilometrze... Łatwo policzyć, że gdyby utrzymać ten tryb życia i całą kadencję spędzić na jeżdżeniu autem "tam i nazad", to można by w ciągu pięciu lat zarobić - na samych dojazdach! - mniej więcej 1,5 mln zł. Jak udokumentować, że się przebyło daną trasę? Wymaga się od europosłów rachunków z podróży. "Na początku kadencji wystarczył jakikolwiek rachunek z jakiejkolwiek stacji benzynowej na trasie. Niektórzy zaczęli deklarować, że odbyli podróż 'brejkową', choć nie oddalali się znacznie od Brukseli, a zarabiali, jakby jechali tam i z powrotem. Jak to robili? Wyjeżdżali 100 km za stolicę zjednoczonej Europy, tam tankowali paliwo, po czym wracali. Następnego dnia wykonywali tę samą trasę ponownie i udawali, że właśnie wracają z kraju. W ten sposób potrafili pobrać zwrot za przejazd np. 3 tys. kilometrów (w przypadku Greków czy Rumunów nawet i 5 tys.), podczas gdy w rzeczywistości pokonali 400 km, a przez całe dwa dni imprezowali po cichu w swoich domach w Brukseli. Z biegiem czasu system uszczelniono i kazano dostarczać dwa rachunki - z początku trasy i jej końca. Utrudniło to nieco proceder, choć nie sądzę, żeby udało się go całkowicie wyeliminować. Sposobem na obejście tego wymogu było zatrudnienie asystenta, który w kraju pochodzenia MEP-a musiał wyjeżdżać jakieś 300 km w kierunku Belgii i tam kupować paliwo lub posiłek na stacji benzynowej" - czytamy w książce Migalskiego. Innym sposobem na dodatkowe zarobki jest wspólne jeżdżenie. Kilku europosłów po prostu jedzie jednym autem, a potem udają, że każdy jechał swoim. Płacili i nawet nie wchodzili do pokoju Mniej więcej do połowy kadencji europosłowie otrzymywali także zwrot za nocleg w czasie podróży do Brukseli, jeśli odległość wynosiła ponad 1 tys. km, w wysokości 150 euro (645 zł). Żeby je otrzymać, europoseł musiał udokumentować nocleg na trasie. "Zaczęły więc do wydziału odpowiedzialnego za rozliczenia napływać rachunki za noclegi w wysokości np. 30 zł, bo nikt przecież nie zabroni deputowanemu zatrzymać się w jakiejś obskurnej melinie po polskiej stronie granicy, w której nocleg naprawdę kosztuje mniej niż 10 euro. (...) I to chyba oczywiste - w tych hotelach nikt się nie zatrzymywał. Po prostu europoseł wchodził do recepcji, płacił należną kwotę za nocleg i jechał dalej. Jak widać, ze zmiany przepisów niezadowoleni byli nie tylko eurodeputowani, ale także - a może nawet przede wszystkim - hotelarze. Wszak stracili idealnych klientów - płacących i nawet niewchodzących do pokoju" - czytamy. Za zgromadzone mile mogliby okrążyć kulę ziemską kilka razy W poprzedniej kadencji wyglądało to trochę inaczej - każdy europoseł otrzymywał ryczałt za przelot do Brukseli klasą biznes (ok. 1 tys. euro). Co zrobił z tą kwotą, to był już tylko jego problem. "Mógł za nią kupić bilet na samolot i dostojnie, wygodnie oraz szybko dotrzeć do Brukseli. Mógł jednak kupić bilet w klasie economic i resztę sobie odłożyć. Mógł również, co było jeszcze sprytniejsze i jeszcze bardziej opłacalne, zarezerwować bilet w tanich liniach lotniczych, co przy obowiązujących w nich od czasu do czasu promocjach wychodziło prawie za darmo. I wreszcie mógł ów europoseł dojechać do Brukseli autem. Wątpię, by ktokolwiek w tamtej kadencji naprawdę latał klasą biznes, wszyscy chcieli zaoszczędzić" - pisze Marek Migalski. Z ryczałtu zrezygnowano w kadencji 2009-2014. Jak się można domyślić, żaden z europosłów nie lata już tanimi liniami, lecz wygodnie klasą biznes. Albo dojeżdża autem z powodów, o których już pisaliśmy. "Loty to najżywiej dyskutowany temat wśród wszystkich MEP-ów. Jak przyleciałeś? Czym przyleciałeś? Kiedy wylatujesz? Ile masz czasu na przesiadkę? No i pytanie najważniejsze - czy masz już hona? Co to jest hon? Najwyższa klasa w systemie Miles & More, czyli coś, co upoważnia do korzystania z salonu vip i wszystkich udogodnień wynikających z podróżowania już nie tylko klasą biznes, ale first klasą" - wyjaśnia Migalski. Za każdy lot europosłowie gromadzą na swoich indywidualnych kontach tzw. mile, czyli punkty w programie Miles & More. Przyznawane są one za każdy lot w zależności od jego długości i klasy. A eurodeputowani latają często i daleko, i to właśnie dzięki nim zdobywają kolejne statusy. Jakie przywileje ma szczęśliwy posiadacz karty Honorable? "Lounge pierwszej klasy to naprawdę coś - jedzenie z karty, alkohole z najwyższej półki, relaksująca atmosfera. Ale najbardziej spektakularną, czasem żenującą, czasem jednak bardzo użyteczną usługą przysługującą honom jest limuzyna (same najbardziej luksusowe mercedesy, BMV i porsche) podstawiana pod samolot w celu odtransportowania pasażera bezpośrednio do wyjścia lub do innego samolotu" - dodaje. To jednak nie wszystko! Za punkty w programie europosłowie mogą sfinansować loty swoim rodzinom, znajomym czy samym sobie. "Każdy z MEP-ów po skończonej kadencji ma tyle mil, że właściwie mógłby okrążyć kulę ziemską kilka razy. To jego osobista korzyść za publiczne pieniądze. Za zgromadzone mile można sobie podróżować, ile się chce i gdzie się chce. Podejrzewam nawet, że po pięciu latach jest ich tyle, że można na stałe zamieszkać w samolotach i krążyć nad globem w nieskończoność, bowiem przebywanie w samolotach będzie generować nowe mile i tak już bez końca. Czy jest to jakiś plan na życie? Pewnie dla miłośników dalekich podróży tak". Śpią w biurach, by zaoszczędzić Diety powinny być wydawane na jedzenie i lokum do spania. By zaoszczędzić na wynajmie mieszkań (za kawalerkę trzeba zapłacić ok. 1 tys. euro - 4,3 tys. zł miesięcznie) europosłowie wynajmują jedno w kilka osób, a są i tacy, których przyłapano na spaniu w biurach PE. "Biura w Brukseli składają się z dwóch pokojów - jeden jest przeznaczony dla asystentów i stażystów, a drugi dla MEP-a. Ten drugi jest wyposażony w cały niezbędny sprzęt biurowy, ale także w łazienkę z prysznicem i kozetkę, na której spokojnie można się wyspać. To właściwie małe mieszkanie, więc rozumiem, że niektórych mogło kusić, by się tam od czasu do czasu przespać" - pisze Migalski. Temu procederowi miały przeciwdziałać kontrole ochrony PE, które po 23.00 zaczynają obchodzić gabinety. Strażnicy pukają i sprawdzają, co dzieje się w pokojach, w których widać włączone światło. "Ale i na to nasi sprytni europosłowie znaleźli sposób - do drzwi wkładali po prostu klucze. Strażnik mógł się więc dobijać, ile tylko chciał. A zapewne w końcu odpuszczał, bo w sumie co mu zależy. A eurodeputowany? Może nad ranem był trochę pomięty i połamany spaniem przy biurku i słuchaniem strażniczego walenia do drzwi, ale jednak z diety nie wydał na nocleg ani złotówki, prawda?" - ironizuje europoseł. Zarabiają też w weekendy w kraju Oprócz pięciu diet dziennych w ciągu tygodnia MEP-owi należą się również dwie diety podróżne: za poniedziałkowe dotarcie do PE i za piątkowe dotarcie do kraju w wysokości ok. 150 euro. W sumie więc w ciągu tygodnia z samych tylko diet można uzyskać ponad 1,8 tys. euro. Jeśli dodamy do tego pieniądze, które można otrzymać za dojazd autem, to za podróż główną (czyli w poniedziałek do Brukseli i w piątek do kraju) oraz za "brejka" w środku tygodnia doliczyć sobie można... 2 tys. euro! Podsumowując - oprócz normalnej pensji w wysokości ok. 6 tys. euro miesięcznie netto (po odliczeniu belgijskiego podatku) każdy MEP może (jeśli robiłby "brejki" samochodowe i kasował każdą dietę) zarobić miesięcznie dodatkowo... 8 tys. euro! To daje razem 14 tys. euro miesięcznie! I to praktycznie bez siedzenia w Brukseli - bo wciąż albo w drodze, albo w domu. Eurodeputowany może też zarabiać w weekendy w kraju, należy mu się bowiem ekwiwalent za wojaże po Polsce. Owszem, można odbyć 24 darmowe podróże samolotem oraz tyle samo pociągiem - i z tego nie ma nic prócz przyjemności podróżowania za darmo. Ale MEP-om przysługuje również możliwość jeżdżenia po kraju autem. Za każdy przejechany po ojczyźnie kilometr dostaje się 49 eurocentów. Limit na tego typu podróże to 24 tys. km rocznie. Mogą przebywać w Warszawie i tu zaliczać diety Regulamin PE pozwala na otrzymanie dziennej diety także poza budynkiem Parlamentu, ale musi to być związane z pełnieniem mandatu i udziałem w pracach parlamentu krajowego. "W polskich warunkach ów 'udział' ogranicza się do uczestniczenia w posiedzeniach sejmowych i senackich komisji ds. Unii Europejskiej. Można więc, zamiast siedzieć w Brukseli, spokojnie przebywać w Warszawie i tam zaliczać diety" - pisze Migalski. Dotyczy to jednak tylko tych eurodeputowanych, którzy mieszkają poza Warszawą. Warszawiacy też mogą uczestniczyć w posiedzeniach, ale diety nie dostają. "Z tego też powodu kilku z nich wyprowadziło się ze stolicy. Choć powinienem uściślić - niezupełnie wyprowadziło, po prostu zameldowali się gdzie indziej. Na marginesie - kiedy jeszcze można było dostawać kilometrówkę za dojazdy do Brukseli nieograniczoną do tysiąca kilometrów, ale liczoną od miejsca zamieszkania, jeden z polskich MEP-ów, mimo że mieszka w Warszawie, zameldował się aż pod wschodnią granicą. Dzięki temu mógł naliczać kilometry prawie od Białorusi" - zdradza. "Diety sejmowe' są o tyle przyjemne, że rzeczywiście można 'wyskoczyć' na zaledwie kilka godzin do sejmu, a większość czasy spędzać wśród bliskich i znajomych. Po posiedzeniu mogą przecież przejść się sejmowymi korytarzami i udzielić kilku wywiadów (z zadowoloną miną, bo zarobili właśnie tyle, ile część dziennikarzy zarabia w tydzień czy dwa)" - czytamy. Mercedes klasy „S” z kierowcą do dyspozycji Jak dojeżdżają do pracy europosłowie? "Pod hotel lub mieszkanie MEP-a zajeżdża czarna limuzyna, wysiada z niej kierowca zawsze ubrany w garnitur. Staje przy prawych tylnych drzwiach, żeby otworzywszy je wcześniej - wpuścić do środka utrudzonego życiem eurodeputowanego, po czym delikatnie je zamyka" - opisuje Migalski. Na koszt PE, czyli europejskiego podatnika, utrzymywany jest cały park maszynowy czarnych limuzyn. 90 proc. z nich to mercedesy klasy S. "Mercedes z kierowcą należy się każdemu europosłowi, jeśli mieszka do 20 km od PE. Może więc nawet kilka razy dziennie zażądać przewiezienia na trasie dom-praca lub praca-restauracja i nie płaci za to ani grosza. Podobnie jest z przejazdami na lotnisko i z niego - także są za darmo. Dodatkowo, każdy MEP może w tygodniu wykorzystać limit 50 euro na taksówki. Przysługuje mu również kolejne 50 euro na taksówki na linii PE-lotnisko" - wymienia. Europosłowie są dojnymi krowami ssanymi przez aparaty partyjne Największa kasa do całkowitej dyspozycji europosłów, choć bezpośrednio do nich nienależąca to ponad 20 tys. euro na asystentów i ponad 4,5 tys. euro na biura (kwoty miesięczne). Każda partia "zabiera" jednak swojemu europosłowi dużą część ludzi i pieniędzy. "Właśnie z tego powodu niektórzy polscy eurodeputowani nie są w stanie powiedzieć, ilu mają asystentów lub biur poselskich. Bo większości 'swoich' pracowników nie widzieli na oczy, a o istnieniu 'swoich' biur poselskich dowiadują się z mediów. Mechanizm jest banalnie prosty - MEP podpisuje fikcyjne umowy o pracę z jakimiś ludźmi, którzy tylko formalnie są jego asystentami, a w rzeczywistości pracują na rzecz partii-matki lub poszczególnych polityków lokalnych w regionie. Podobnie dzieje się z pieniędzmi na biura: jakiś lokalny poseł wywiesza na swoim biurze tabliczkę, że jest to także biuro europosła, i w ten sposób może za darmo, czyli za pieniądze od MEP-a, zajmować ten lokal. Eurodeputowani są więc dojnymi krowami ssanymi przez aparaty partyjne i w rzeczywistości mają po 2-3 asystentów. To dlatego ich działalność jest taka skromna - bo nie mają do dyspozycji (jak wynikałoby z oficjalnych dokumentów) 80 tys. zł na płace dla zatrudnionych przez siebie osób, ale na przykład zaledwie 20 tys." - ujawnia. "Można zatrudnić kilku kolegów i razem przez pięć lat mile spędzać czas" Ilu właściwie asystentów może mieć każdy MEP? "Odpowiedź nie jest łatwa, bo zależy to od samego europosła (i - jak już napisałem - jego partii). Podobno jeszcze kilka lat temu nic nie regulowało swobody eurodeputowanych i zdarzył się taki, który za całą sumę (wówczas ok. 15 tys. euro) zatrudnił jedną osobę, Przypadkiem była to jego... żona! Potem weszły przepisy, które uniemożliwiały czy raczej utrudniały angażowanie osób spowinowaconych lub krewnych" - pisze. Zaraz jednak dodaje: "Nikt nie kontroluje i nie sprawdza, kogo zatrudniamy i co ten ktoś robi. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zatrudnić kilku kolegów i razem przez pięć lat mile spędzać czas, zarabiając naprawdę godne pieniądze. Jeśli już oddamy, co cesarskie cesarzowi (czyli szefowi partii), to z kwotą, która z 80 tys. miesięcznie na asystentów nam pozostanie, możemy poszaleć i nikt nam nic nie powie" - pisze Migalski.   Zanim wrzucisz kartę do urny wyborczej 25 maja, zastanów się, co oznaczają powyższe informacje.  
czytaj więcej...

(1 komentarzy)

Otrzymaliśmy list w sprawie przygotowań do wyborów do Parlamentu Europejskiego, który publikujemy poniżej: Do redakcji PRAWDĘ MÓWIĄC Proszę o zajęcie się sprawą dotyczącą pracy komisji obwodowych w Dąbrowie Tarnowskiej. Wg. informacji, jakie dotarły do mnie, pracownicy urzędu odpowiedzialni za prawidłowy przebieg wyborów na pierwszym spotkaniu członków obwodowych komisji, które odbyło się w zeszłym tygodniu, rozpoczęli pracę od podania kartki członkom tych komisji, aby zapisywali się, kto będzie do południa, a kto po południu. Dotarły nawet informacje, że komisja w pełnym składzie nie będzie przy otwarciu lokalu i zabezpieczeniu odpowiednich dokumentów. W związku z tym proszę o interwencję w tej sprawie. 1. Czy procedura dzielenia komisji na część dopołudniową i popołudniową, narzucona przez urząd odpowiedzialny za prawidłowy przebieg wyborów, jest zgodna z obowiązującymi przepisami? 2. Czy wystarczy tylko część członków komisji obwodowej, aby lokal wyborczy otworzyć, odpowiednio zabezpieczyć itd.? 3. Czy taka procedura występuje tylko w gminie Dąbrowa Tarnowska, czy też jest powszechnie stosowana? Wasz czytelnik
czytaj więcej...

(5 komentarzy)